Sniadanie o 13:00 to w tej chwili normalka mimo ze wstaje regularnie okolo szostej (no tak, pozwalam sobie na godzine dluzsze spanie…). Zyje troche we wlasnym swiecie, marnuje czas na spacery z Bond Street na Shad Thames… Jakos tak nie szkoda mi czasu, tym bardziej ze wiosna zacheca (codzien zapowiadaja deszcze, ktore nigdy nie nadchodza…).
Na rynku - zastoj. Nie licze dni, ani na lut szczescia nie licze. Jestem na to zbyt wybredna.
Codzienne obowiazki trzymaja mnie przy zdrowych zmyslach - spotykam wiecej ludzi niz dotychczas, a przynajmniej z wieksza liczba mam okazje porozmawiac. Mimo, ze to Maz przynosi pieniadze, to ja jestem tym duchem niespokojnym - nudze sie znacznie mniej niz on, non-stop zajeta, urobiona po lokcie pakowaniem, umawianiem ludzi na ogladanie naszego lokum (koniec koncow trzeba odnajac stare katy), biegajac po miescie na spotkania, z urywajacym sie telefonem i zawalona skrzynka mailowa…
A to na odmiane, po “zdradliwych” postach… Z dedykacja dla Fufacha (mimo ze chyba nie do konca lubi…):
2 Komentarze
ściskam cie maczku serdecznie… wracam do blogowego życia…nie wiem na jak długo tym razem, ale zatęskniłam za nim…czas pokaże..będę wpadać na poranną kawkę z deszczową dziewczynką.
wpadaj, wpadaj. juz myslalam ze zniknelas na dobre… :)
Wyślij Komentarz