Poniedzialek. Wyszlam z pracy o szostej i, z zamiarem wpadniecia na moment do ksiegarni, skrecilam w Oxford Street. Jakiez bylo moje zdziwienie, gdy zorientowalam sie ze pol ulicy jest zamktniete, a wszedzie pelno policji. Tlum gapiow wypytywal funkcjonariuszy o zajscie, a ci odpowiadali tylko ze nie moga jeszcze nic powiedziec.
“Dlaczego to zawsze musi byc to wlasciwe pol ulicy?” pytalam sie w myslach, rezygnujac (bo przeciez i tak nie mialam juz wyjscia) z poszperania w ksiazkach. Godzinna podroz autobusem, domowa przyziemnosc… Dopiero poznym wieczorem przypomnialam sobie o zajsciu i zajrzalam na BBC.
Jak sie okazalo, tuz przed piata, pewien dwudziestolatek zostal smiertelnie ugodzony nozem. Trzeba przyznac ze ta informacja znaczaco wplynela na moje postrzeganie wlasnego niepowodzenia z ksiegarnia, ale jak to mowia: dobra karma? zla karma? kto wie?