Poniedzialek. Wyszlam z pracy o szostej i, z zamiarem wpadniecia na moment do ksiegarni, skrecilam w Oxford Street. Jakiez bylo moje zdziwienie, gdy zorientowalam sie ze pol ulicy jest zamktniete, a wszedzie pelno policji. Tlum gapiow wypytywal funkcjonariuszy o zajscie, a ci odpowiadali tylko ze nie moga jeszcze nic powiedziec.

“Dlaczego to zawsze musi byc to wlasciwe pol ulicy?” pytalam sie w myslach, rezygnujac (bo przeciez i tak nie mialam juz wyjscia) z poszperania w ksiazkach. Godzinna podroz autobusem, domowa przyziemnosc… Dopiero poznym wieczorem przypomnialam sobie o zajsciu i zajrzalam na BBC.

Jak sie okazalo, tuz przed piata, pewien dwudziestolatek zostal smiertelnie ugodzony nozem. Trzeba przyznac ze ta informacja znaczaco wplynela na moje postrzeganie wlasnego niepowodzenia z ksiegarnia, ale jak to mowia: dobra karma? zla karma? kto wie?

Wiadomosc pelna cierpienia. Sekret, ktorym nie mozna sie podzielic nawet z najblizsza rodzina. Cholerne poczucie bezsilnosci i koszmarna swiadomosc ze tam, gdzie nie mozemy teraz byc, komus bardzo drogiemu dzieje sie krzywda. Nie mozna nic zrobic za wyjatkiem kilku cieplych slow, a i te wiezna w gardle. To zreszta namiastka namiastki.

Chcialabym moc byc blisko. Glaskac Cie po glowie i tulic bardzo mocno. Wycisnac ostatnia lze, ukolysac do snu w przeswiadczeniu, ze to dopiero poczatek, ze moze lepiej tak a nie na odwrot, ze “bad karma? good karma? who knows?“…

Dziela nas kilometry, ale nie jestes sama.

Dla Ciebie.

Hey there M.
What’s it like in Krakow City?
I’m a thousand miles away
But girl, tonight you look so pretty
Yes you do…
(…)
Hey there M.
Don’t you worry about the distance
I’m right there if you get lonely
Give this song another listen
Close your eyes
Listen to my voice, it’s my disguise
I’m by your side
(…)
A thousand miles seems pretty far
But they’ve got planes and trains and cars
I’d walk to you if I had no other way
(…)
M., I can promise you
That by the time we get through
The world will never ever be the same
(…)

Original: Plain White T’s “Hey there Delilah”

Gorace dni. Zostalam sama, ale nie tesknie za Lauren. Samotnosc mi nie grozi. Nawal zajec utrzymuje w napieciu, a mimo to nie pracuje juz na pelnych obrotach (przynajmniej nie non-stop). Nadal jeszcze potykam sie na finansach, ale zaczelam juz dawac sobie taryfe ulgowa. Nie ma innego sposobu - musze sie nauczyc na wlasnych bledach.

Dlugi weekend nie przyniosl wypoczynku i z radoscia czekam na kolejny by moc sie wreszcie odespac. Wiem, ze Pawel tez nie moze sie doczekac. Jeszcze tylko dwa dni i dobrze by bylo zeby pogoda utrzymala sie przy 24 stopniach i pelnym sloncu.

A poki co - kolejny dzien czas zaczac.

8 kilo w dwa tygodnie. Wygladam pewnie tak, jak wiekszosc dziewczat chcialoby wygladac na wiosne, ale czuje tez wyniszczenie organizmu. Zakonczylam wlasnie “trening”. Pozegnanie mojej poprzedniczki udalo sie wybornie i od srody jestem juz pelnoprawnym “zarzadca biura”. Zaczne zapewne od sklecenia sobie jakiegos ladnego kontraktu, ale zanim to sie stanie jestem za granica. Wybywam (bardzo egzotycznie) do Polski.

Powrotna droga w stanie kompletnego otepienia. Nie wyciagam parasola. Mam w d. deszcz. Zajmuje mi chwile zrozumienie, ze trzesa mi sie nogi i rece. Nie czuje ssania w zoladku, ale wiem ze jestem glodna. Pieronsko. Umieram. Po stokroc.

LINK

Gdziez sie podzial moj pazur? Gdziez ta zawadiackosc, gdzie wyszczekanie?

Ucieklo jak powietrze z dziurawego balonika.

Sprzedalam sie. W porzadku. Zawsze umialam sie sprzedac. Tyle ze na tym sie skonczylo. Wychodzi ze mnie niewinna, naiwna, niesmiala dziewczynka… Jak ja niecierpie tej miekkiej formy. Wszystko co latwo-ugniatalne zawsze dzialalo mi na nerwy.

Nie chce mi sie walczyc. Nie chce mi sie stawiac niczemu czola. Nie chce mi sie krzyczec i bic.

Mieczak dzis jestem. Mam szczera nadzieje ze to chwilowe i przejdzie.

I wracam do… Jedna chwila. Rzeczy zawsze daja ci po glowie gdy sie najmniej tego spodziewasz. Po prostu wyskakuja nagle i buch! Prosto w morde. A potem drugi raz. Coby bylo po rowno.

I to poczucie oszukania. A przeciez oszukujemy sie sami. Bez ustanku. Nasze wlasne wyobrazenia robia nas w bambuko.

Nie mam nic do powiedzenia.

Pada w ogrodzie. Przemokniete koty. Szkoda lez.

LINK

Nie odwiedzam blogow, nie odpisuje na listy i komentarze bo nie mam czasu. Wieczory mam wiecznie padniete. Ucze sie na wlasnych bledach, bo poprzedni manager (ktory odchodzi za tydzien i mial mnie “oswoic” z nawalem zajec) w zasadzie odszedl juz w poprzedni wtorek. Fakt, ze jesli mam jakies problemy, to moge zawsze don zadzwonic, ale to jednak nie to samo, jak wowczas gdy ktos pokazuje nam wszystko osobiscie… Wychodza wiec takie kwiatki, jak opieczetowywanie projektow (now I know, that it’s not kosher…), wyplacanie pieniedzy za caly miesiac ludziom ktorzy pracowali tylko pol, itd. Przykladow jest mnostwo.

Sama nie wiem jak to sie stalo, ze juz niemalze weekend. Jesli dopisze pogoda, to zrobimy grilla w nowym ogrodku i zwiedzimy park. A jak nie… to poodwiedzam wirtualnych znajomkow.

Tak czy inaczej - nie moge sie doczekac.

Z mojego doswiadczenia wynika, ze zmiana zarzadu pociaga za soba mniejsze lub wieksze zmiany w ekipie (i nie mowie tu o odgornych zwolnieniach lecz o tym, ze sami pracwnicy czesto stwierdzaja iz nowy manager, lub jego sposob dzialania, im nie pasuje i szukaja sobie innej posady).

Kilkukrotnie sama przechodzilam przez cos takiego, ale teraz jestem po tej drugiej stronie i wysylam duzo dobrych zyczen, zeby moja ekipa nie zdecydowala sie rozpasc tylko ze wzgledu na te “drobna” zmiane…

Na koniec - problemy z internetem i kompletny brak czasu. Skad my mamy tyle gratow, no skad?? Przeciez jeszcze kilka lat temu caly nasz dobytek mozna bylo spakowac do dwoch plecakow i walizki, a teraz - torb i paczek, pudel i siat tyle ze sie w glowie nie miesci (i w samochodzie tez nie za bardzo). A to i tak nie wszystko.

Postanowilam ze nie bede sprzatac mieszkania dla przyszlych lokatorow. Wiem, wiem - nieladnie tak, ale juz naprawde nie mam na to sily, a ochoty tym bardziej. Zreszta, przeprowadzke i tak zaczynamy gruntownym sprzataniem nowych katow, wiec jeszcze sie naodkurzam i naszoruje.

To tyle na dzis (i jutro i pojutrze)…

Zasada jest taka: awansujesz dopoty, dopoki nie osiagniesz swojej granicy niekompetencji. W prostszych slowach ujmujac - jestes dobry - pniesz sie w gore, osiadasz w jednym miejscu z chwila gdy nowe obowiazki przerastaja Twoje mozliwosci (no mozesz ewentualnie jeszcze spasc). Wyjatkiem od reguly jest miedzy innymi ladny ksztalt pupy w polaczeniu z szefem, ktoremu nie koniecznie uklada sie prywatnie. Wowczas sprzedazy nie podlega profesjonalizm i inteligencja, lecz dobra znajomosc kamasutry.

W obecnych czasach z ladnych ksztaltow korzystaja nie tylko kobiety, a coraz czesciej i panowie. Majac ponetnie wyrzezbione cialo, oraz luzne zasady moralne (czy tez brak takowych) mozna dostac sie calkiem wysoko. Problem polega na tym, ze zainteresowania tudziez potrzeby “opiekuna” potrafia nagle ulec zmianie, a wtedy dobrze jest jakies umiejetnosci (oprocz lozkowych) posiadac, bo z wysokiego krzesla spada sie znacznie latwiej i z duzo wiekszym loskotem niz z malego, a seks nie stanowi zadnego zabezpieczenia dla kariery.